Tak z żalem się patrzy na takie statki zwłaszcza te parowe to podobnie jak lokomotywy parowe coś w nich było mają miały swój urok zarówno jedne jak i drugie. Byłem zaproszony przez organizatorów na 150 lecie żeglugi parowej na Łabie. To było coś co do dziś wspominam kiedy flotylla tych statków w szyku torowym majestatycznie unosiła się na wodach Łaby. A u nas co wtedy nic pustka niszczono to co można było jakoś uratować. A co do "DIESBAR" to: bud. 1884 roku w Werft Blasewitz bei Dresden dla Sasische - Bohmische Dampschiffahrt Gesellschaft, Dresden.Dł. 50,10 m, szer. 4,75/9,59 m, zanurz.1,00 m. moc maszyny parowej. 110 KM maszyna z 1857 r.584 pasażerów.
jego pierwsza nazwa "PILNITZ" w 1927 nazwany "DIESBAR".W 1959 roku wymiana kotła.W 1979 roku wycofany do rezerwy. Dzięki staraniom pasjonatów w tym mojego kolegi Dietmara Kuhne nie pocięty na złom. Dziś żyje.
Waldemar Danielewicz
W Gorzowie Wielkopolskim uratowano lodołamacz "Kuna" z 1882 roku. Z jakiej ruiny to aż trudno sobie wyobrazić. Tu prośba do mojego kolegi eksperta Jurka Hopfera bo on w tym maczał palce napisz coś jak to się odbyło.
Waldemar Danielewicz
Interesuje mnie czy dziś można zbudować parostatek (czy to się opłaca) za paliwo mogłyby służyć brykiety z wierzby energetycznej ( jako,że jest to odnawialne źródło energii myślę ,że można za zastosowanie takiego paliwa uzyskać dopłaty ze środków UE ). Czy silnik parowy uzyskałby wystarczającą moc na takim paliwie? Nie chodzi mi o duże jednostki. Ciekawy jestem jak na tą sprawę ocenią specjaliści?
drogi koj,nieraz się zastanawiałem czy w związku z rozmiarami jednostek rzecznych nie czeka nas renesans pary? Widziałem w internecie obszerne materiały dotyczące rozwoju napedu parowego(np.niemiecki silnik parowy o kształcie i zasadzie działania silnika samochodowego- uzyty doswiadczalnie w skodzie fabia) i trzeba przyznać ze mimo kilkudziesięciu lat niełaski dalej się rozwijał .
Są też takie konstrukcje jak turbiny parowe będące prądnicami dla właściwych silników napędowych(rzecz jasna elektryczych) - i to jest chyba przyszłość tego napędu.
Wydajniejsze od wierzby są chyba piece oparte na połączeniu żarzenia drewna na węgiel drzewny i holzgaz dopalany w dodatkowym obiegu - można ładując taki piec
ok.0.06 m3 drewna mieć ogrzewanie wody i domku przez 1- 1.5 doby.
Pgrzebałem w internecie i jestem zaskoczony, nawet mi do głowy nie przysło,że ktoś myśli i zrobi silnik parowy do samochodu. Mnie w technikum uczono,że silnik parowy to wielka XIX-wieczna przesłość. Zastanawiam się czy jakaś polska politechnika nie mogłaby wyszarpać parę euro na badania naukowe pt:"Projekt i zastosowanie prakryczne na statkach rzecznych silnika parowego nowej generacji" ech te marzenia...
na projekt to może i wyrwaliby parę euro nawet o napędzie atomowym na barkach ale praktycznego znaczenia to by chyba nie miało bo nasi armatorzy raczej nic nie zamawiają w naszych stoczniach .
Nie byłem dawno na stronie, ponieważ zajmowała mnie bardzo - od pięciu lat już - odbudowa statku " KUNA ", o ktorej wspomniał Waldek Danielewicz. Pozdrawiam Cię Waldku.
Wrak zatopionej "Kuny"
Kadłub 'Kuny" po wydobyciu
Oczyszczanie ze szlamu i roślinności
Otóż pragnę donieść, że KUNA jest już na powrót statkiem. Jest wpisana do rejestru i uzyskała klasę PRS. Jest sklasyfikowana, jako statek muzealno - szkoleniowy, z prawem pływania w rejonie 3. Obecnie kończymy roboty stolarskie - szalunki w salonie usytuowanym na śródokręciu, w miejscu dawnej kotłowni i maszynowni. Jest maszynownia z zespołem napędowym Delfin, agregat prądotwórczy zmontowany ze starej prądnicy Bukh i starego silnika Mercedes i wszystko inne, co należy do tego, aby wrak stał się na powrót statkiem. W części dziobowej, gdzie pierwotnie mieszkała załoga statku zlokalizowaliśmy pomieszczenie szkoleniowo - wystawiennicze.
KUNA była już widziana przez niektórych w Szczecinie podczas Dni Morza w latach 2005 / wówczs jeszcze "powiązana sznurkami i 2006 - już w lepszym stanie, ale nie gotowa/, oraz na Odrze i dolnej Warcie. Do maja 2007, kiedy wyrusza na szersze wody - do Berlina, skąd będzie prowadzić IX już Zlot Wodniaków Euroregionu Pro Europa Viadrina statek będzie miał stan techniczny i wygląd jak należy. Nie ujawniałem się na szerszym forum, bo do końca nie było wiadomo, czy iście karkołomne zadanie rewitalizacji statku się powiedzie. Teraz wiem, że się powiodło. Przystępując do rewitalizacji nie wiedzieliśmy nawet, jak statek kiedyś wyglądał - był pusty kadłub, który ostatnie 20 lat leżał zatopiony w basenie stoczniowym w Gorzowie Wlkp. Dzięki pomocy Waldka Danielewicza oraz Horsta Heina - milośnika starych statków z Berlina, dotarliśmy do starych zdjęć i szkiców,/ na całe szczęście wykonanych w skali 1:100/, na podstawie których mogliśmy odtworzyć nadbudówki i komin. Statek nie jest już parowcem; to zadanie było dla nas niewykonalne.
Odtworzyliśmy też z grubsza historię statku. Zbudowany w roku 1884 w stoczni Devrient w Gdańsku był czwartym z zapoczątkowanej w roku 1880 serii lodołamaczy dla dolnej Wisły. W 1880 roku, bowiem, ówczesna pruska administracja wodna rzeki Wisły / Koeniglich - preussische Weichselstrombauverwaltung/ rozpoczęła nowy etap walki ze zjawiskami lodowymi na rzekach, przy pomocy lodołamaczy. Losy tego statku sa też jedyne w swoim rodzaju. Pięć razy zmieniał banderę, nie ruszajac się praktycznie ze swojego rejonu działania: pierwsza - Królestwa Prus, druga - od 1920 do 1939r. Wiolnego Miasta Gdańska, trzecia - od 1939 do 1945 III Rzesza Niemiecka, czwarta - od 1945 do 1947 bandera brytyjska, ponieważ koniec wojny zastał statek w Hamburgu, gdzie przejęli go Brytyjczycy i wcielili do Royal Navy; i wreszcie piąta - bandera polska od 1948 do 1965 roku, po zwrocie statku Polsce, jako mienie pogdańskie. Znaczącym epizodem w historii statku był rejs z uchodźcami gdańskimi, pod koniec marca 1945, Bałtykiem, Kanałem Kilońskim i Morzem Północnym z Gdańska do Hamburga. Rejs, który odbywał się w warunkach wojennych i trudnych warunkach nawigacyjnych. Domyślam się, że statek zawijał do kolejnych portów morskich, a nawigacja była tą, której uczono nas w Szkole - nawigacją terrestryczną. Trzy razy statek zmieniał nazwę: pierwsza nazwa " Ferse ", co jest niemiecką nazwą lewobrzeżnego dopływu Wisły - rzeki Wierzyca, od 1940 roku - " Marder " i po powrocie do Polski - "KUNA", co jest dosłownym tłumaczeniem poprzedniej nazwy Marder. Trzeba przyznać, że nazwa doskonale jest dopasowana do kształtu statku. Stosunkowo nieduża / L= 31 m. B=4,85, T= na rufie 1,60m /, jednostka była lodołamaczem liniowym, a więc operującym w drugiej linii, za lodołamaczami czołowymi, kruszącymi pokywę lodową, i rozdrabniającym krę lodową. Jednocześnie była też jednostką flagową, na której przebywał kierownik lodołamania, który musiał mieć przegląd sytuacji lodowe podczas akcjij. Na ten fakt zwrócił mi uwagę historyk lodołamaczy i lodołamania p. Tadeusz Wrycza z Tczewa, który jednocześnie zobowiązał mnie, aby odbudować statek starannie i z klasą. Wydaje mi się, że temu sprostaliśmy. Statek został wycofany z eksploatacji w roku 1965, a po podjęciu decyzji o złomowaniu - wstępnie pozbawiony wszystkiego, co przedstawiało jakąś wartość. Pozostał pusty kadłub zabezpieczony przed zatonięciem. Temu zawdzięczamy, że posiadamy oryginalną śrubę z końcówką wału. Zostały też fragmenty pokładu manewrowego na dziobie i rufie statku z polerami.
Zadaniem "KUNY", jako najstarszego mobilnego lodołamacza świata, co udało mi się chyba wiarygodnie potwierdzić, a jednocześnie ostatniego świadka pogmatwanej i tragicznej historii Europy Środkowej, jest popularyzacja historii dróg wodnych, żeglugi śródlądowej, historii lodołamania i lodołamaczy, a także regionu, gdzie KUNA rozpoczyna swoje drugie, i oby nadal długie życie.
Czapki z głów przed tą dostojną damą, Panie i Panowie!
PS. Mam niebywałe szczęście dowodzić tym wielce szacownym statkiem. Jest to ukoronowanie mojego długiego życia zawodowego, w całości poświęconego żegludze śródlądowej.
Zdjęcia starej, zatopionej i odbudowanej KUNY prześlę e-mailem Apisowi z prośbą o umieszczenie w galerii.
Przy okazji wyrazy wdzięczności tym wszystkim, którzy przyczynili się, w różny sposób, do rewitalizacji statku. Statek został odbudowany wysiłkiem zbiorowym. Moje nazwisko firmuje to przedsięwzięcie dlatego, aby miał kto zapłacić głową w razie niepowodzenia.
NAVIGARE NECESSE EST, VIVERE NON EST NECESSE.
Z pokładu "KUNY". Jerzy Hopfer
Czytałem już dawno o Panu , Panie Jurku, jestem pod wrażeniem, że udało się Wam przywrócić do życia to co umarło. Mnie też kołacze się w głowie taka karkołomna rzecz...może za parę lat spotkamy się na szlaku..?
Od początku istnienia tej strony byłem przekonany, że polska żegluga śrólądowa potrzebuje wsparcia.Pokazywanie rzek, jezior, kanalów i pływających po nich statków tych starych i współczesnych a także ludzi, którzy poświęcili dla niej swoje życie przyczyni się do jej lobbingu.
Ten świetny felieton Pana Jerzego Hopfera naszego starszego szkolnego kolegi z TŻŚ
jest własnie tym o co chodzi w naszej działalności.
Tak wspaniali eksperci i profesjonaliści w tym co robią goszczący na naszym Forum Panowie Jerzy Hopfer i Waldemar Danielewicz oraz Janusz Niemczuk wspomagani przez Andrzeja Podgorskiego, Janusza Fąfarę, Tadka Jankowskiego, Zbyszka Hutnika oraz Zu-Marzycielkę, która odkryła dla nas "Perkuna"
pokazują ten cudowny zapomniany przez decydentów wodniacki świat.
Dołączy do nas wkrótce kolejny fachowiec Czesław Szarek, z którym odbyłem wczoraj długą rozmowę telefoniczną.
Mam nadzieję, że wspólnymi siłami uda nam się zwrócić uwagę władz regionalnych i rządowych tematem, którym się zajmujemy.
Dzikuję kolego Hopfer za doskonały felieton i proszę o następne.
PS
oczywiście wyrazy największego uznania za dokonanie rzeczy niemożliwej a jednak zakończonej wspaniałym sukcesem.To najlepszy przykład na to, że tacy miłośnicy żeglugi jak Jerzy Hopfer mogą dokonać "cudów".
"Anonimom Stop"
Józef Węgrzyn - Skipper
Chylę czoło i nisko się kłaniam Panu Jerzemu Hopferowi w uznaniu jego zasług za doprowadzenie do szczęśliwego końca tego wspaniałego przedsięwzięcia. Wiele gorzkich słów, niestety prawdziwych, padło na tym forum o upadku naszej żeglugi śródlądowej, o braku poszanowania dla dzieł i dorobku przeszłych pokolenień w tej dziedzinie. Jakże budujące jest to, że nie wszystko przepadło, że są ludzie, którzy potrafią uratować to co wydaje się być bezpowrotnie utraconym. Równie ważnym jest przykład dawany młodszemu pokoleniu, przykład bezinteresownej pasji i szacunku dla historii. Dzięki takiej postawie nie będziemy musieli zazdrościć innym, nie będziemy mówić " a u nas wszystko przepadło".
Z wyrazami uznania i szacunku
Janusz Niemczuk
http://www.kanalg...
Jurku mam nowe archiwalia co do Kuny, jak awarie składy załóg itp. A "Ferse" czyli "Kuna" nie nosiła bandery Wolnego Miasta Gdańsk lecz Rady Portu i Dróg Wodnych Wolnego Miasta Gdańska.
Waldemar Danielewicz
Valdemaras napisał/a:
Jurku mam nowe archiwalia co do Kuny, jak awarie składy załóg itp. A "Ferse" czyli "Kuna" nie nosiła bandery Wolnego Miasta Gdańsk lecz Rady Portu i Dróg Wodnych Wolnego Miasta Gdańska.
Witaj Waldku.
Tak sie domyślałem, że będą jeszcze gdzieś dokumenty o KUNIE. Rozpuściłem też wici w Niemczech, pisali nawet w gazetach o wspomnienia np. tych, którzy płynęli z Gdańska do Hamburga. Narazie nic nie nadeszło. Frapuje mnie ta historia, bo rewitalizację w ciągu miesiąca ostatecznie zakończymy. Będę bardzo wdzięczny za materiały. Zresztą Twój udział w rewitalizacji jest nie do przecenienia. Bez Ciebie odbudowalibyśmy statek, jako obiekt pływający; z Twoim udziałem odbudowaliśmy statek z własną historią. Tak mi się marzyły np. listy załogi, jego kapitanów, tych pokoleń ludzi, ktorych już nie ma, a których wraz ze statkiem można przywrócić do pamięci. To jest ten duch statku. Wielkie, wielkie dzięki. Chciałbym wydać już teraz niewielki folderek, bo domagają się tego ludzie. W przyszłości napewno powstanie coś większego. Mamy mnóstwo zdjęć z poszczególnych etapów odbudowy. Będzie także wystawa na statku. Co do bandery. Ściągnąłem z jakiegoś forum - bodaj okrętów wojennych - bandery gdańskie. I tak, bandera służbowa, czerona z herbem i wycięciem, służbowa i handlowa, barwy i symbole jak wyżej - bez wycięcia, pocztowa z trąbką pocztową, bandera Senatu - bardzo bogata i proporzec statków policyjnych i celnych, czarny z owalnym czerwonym polem z herbem Gdańska. Mam zamiar wywiesić je wszystkie w części muzealnej. A zatem, którą z nich nosiła Ferse?
Pozdrawiam. Jurek
Kochani. Macie rację. Odbudowa starego statku to zazwyczaj przedsięwzięcie przekraczające możliwości jednego człowieka, dlatego doradzałbym stowarzyszenie. Przećwiczyliśmy to z KUNĄ i to był pierwszy krok w tym zbożnym dziele. Gdybym dzisiaj miał jeszcze raz organizować stowarzyszenie, to zebrałbym przede wszystkim starych, dobrych fachowców przydatnych do pracy przy statku: kilku spawaczy, elektryka, mechanika, stolarza, księgowego itp. A więc ludzi, którzy mogą coś faktycznie i za małe pieniądze lub wręcz społecznie zrobić. Podstawowy błąd to nazbieranie tzw VIPów, którzy nie dość, że niewiele robią, nie zawsze zdobędą potrzebne fundusze, ale też szybko się nudzą i zniechęcają. Oni potrzebują szybkiego sukcesu a rewitalizacja statku to długa, katorżnicza, brudna, trudna technicznie i bardzo angażująca czasowo operacja. Chociaż, jeden lub dwóch takich ludzi nie powinno zaszkodzić. Powiedziałbym tak, podstawą ekipy powinna być grupa ludzi, którzy coś umieją, mają czas, mnisi. benedyktyński charakter, ośli upór, sporo fantazji i dużą odporność na stres. Jak widać, wymagania wysokie. Muszą to być ludzie, którzy wszystko temu statkowi poświęcą. Wyobraźcie sobie trwającą kilka lat budowę, kiedy niemal każdego dnia trzeba być na statku. Ile rzeczy można by w tym czasie zrobić. Skończyć studia, napisać doktorat, urodzić i wychować dzieci oraz wiele innych pożytecznych rzeczy. A tak, odpadają kontakty towarzyskie, osłabiają się więzi rodzinne itp. bo nie da się być w kilku miejscach jednocześnie Po prostu, po początkowej fascynacji zostaje szara rzeczywistość i ciężka praca. W moim przypadku było kilka okresów rzeczywistej euforii, ale były też niżówki psychiczne na granicy depresji, kiedy wydaje sie, że zadanie i odpowiedzialnośc przerastają siły. Trzeba wtedy kilka dni odpocząć, przeczytać jakąś ciekawą książkę... i dalej do roboty. Ważną rzeczą jest dostęp do stoczni, na niekomercyjnych zasadach o co bardzo trudno, bowiem największe problemy i wydatki są w pierwszym, początkowym okresie, kiedy zazwyczaj nie ma też wystarczającej gotówki. Trzeba wtedy mieć kogoś, kto uwierzy, że rzecz się uda i w końcu dostanie swoje pieniądze. Napisałem poprzednio, że rewitalizacja statku to dzieło zbiorowe, ale ważna jest ososba lidera, który ma jakis dorobek zawodowy i autorytet w środowisku. Inaczej mówiąc, osoba, ktorej się wierzy, że chce dobrze zrobic robotę, a nie na haśle odbudowy statku wyplynąć lub zrobić karierę. Ważne jest także poparcie społeczne dla projektu, a to zdobywa sie pokazując, że cel jest społeczny, że statek ma służyć ludziom Takie poparcie w Gorzowie mieliśmy i bardzo nam to pomogło, mimo, że nie brakowało pojedyńczych głosów, że celem naszym jest wyłudzenie miejskich pieniędzy, aby sie obłowić. Homo sovieticus żyje w niektórych w najlepsze.
Tyle na gorąco. Temat jest bardzo szeroki i przekracza ramy postu w dyskusji.
A teraz z innej beczki. Zb.Hutnik pokazał berliński holownik parowy Andreas. Opowiadano mi, że jego zachowanie w oryginalnym stanie to kwestia szczęśliwego dla niego przypadku. Otóż nawaliło ogrzewanie / kocioł / w stoczni Alt Stralau. Mrozy były duże i trzeba było szybko coś zaradzić. Podłączyli więc Andreasa. Sprawdził się dobrze, więc już nie szukano innego rozwiązania i tak pozostało do upadku NRD. Potem statek przejęło Stowarzyszenie Statków Muzealnych, które mieści się w zatoczce przy śluzie Muehlendammschleuse. Każdego roku w ostatni weekend sierpnia organizują Hafenfest.Wtedy Andreas pływa z pasażerami. Jest zresztą intensywnie wykorzystany przy innych okazjach. Dogaduję się ze Stowarzyszeniem, aby Andreas przypłynął do Gorzowa na jubileusz 750 lecia miasta. Trudno znaleźć w ich kalendarzu wolne miejsce. Ale, co ważne, cała praca na statku - to działalnośc społeczna. Zarabiają tylko tyle, aby utrzymać Stowarzyszenie.
Wszystkim Wam serdecznie dziękuję hurtem za serdeczne słowa pod adresem KUNY. Pędzę na statek do stolarzy. Jerzy Hopfer.
Przyłączam sie do gratulacji Panie Jurku, kawał dobrej roboty wykonał zespół ludzi pod Pana przewodnictwem. Tym bardziej cenne są Pana rady płynące z praktyki.
W miom otoczeniu mam zresztą dowody na potwierdzenie Pana słów.
1. Kolega wraz ze swoim szwgrem zbudowali od podstaw drewniany jacht MAK-666 - 3 lata wyjęte z życiorysu, prawie wszystkie popołudnia spędzone w hangarze, nadwyrężone stosunki rodzinne, nieustająca skarbonka itd. A to "tylko" 6 metrowy drewniany jacht !!!
2. Inny kolega jest mechanikiem (od F-16) na lotnisku Krzesiny, wspólnie z kilkoma innymi pasjonatami restaurują stare samoloty odrzutowe, utworzyli stowarzyszenie,
poswiecaja na to masę czasu i własnych srodków ale efekty już są.
A przy okazji chcaiłbym się podzielić fotkami oldtimera spotkanego na drodze wodnej Odra-Hawela:
Zdjecia w pełnej rozdzielczości można zobaczyć tutaj: http://www.barki....m=8&pos=11Pozdrawiam
Tadeusz "Teos" Jankowski /83b/
+48 601887658
+491771377810
Mam pytanie do Pana Jerzego: czy na rewitalizację KUNY udało się uzyskać jakieś pieniądze z funduszy unijnych. Wiem, że na tego typu przedsięwzięcia jest to możliwe, choć często bywa to mozliwość czysto teoretyczna. A dlaczego teoretyczna? Bo wystarczy zła wola czy opieszałość jednego biurokraty albo, jak pisze Pan Jerzy, posądzenie, że ktoś chce się dorobić majątku, aby nic z tego nie wyszło. Ot taka nasza cecha narodowa - "bezinteresowna .... zawiść". Na szczęście "ci pozytywnie zakręceni" nie dają się tak szybko spławić. Jak było w Waszym przypadku?
Pozdrawiam.
http://www.kanalg...
januszbn napisał/a:
Jeśli mogę coś podpowiedzieć to dużo prostrzą i praktyczniejszą formą organizacji jest "stowarzyszenie". Posiadam pewne doświadczenie w tym zakresie....
Jestem za taką formą od dawna. Uczestniczyłem w powołaniu Stowarzyszenia Absolwentów TŻŚ, ale sądzę, że to stowarzyszenie nie przetrwa próby czasu . Osobiście właśnie takie cele widziałem przed tworzonym wtedy Stowarzyszeniem : obok lobbowania na rzecz rewitalizacji żeglugi choćby w symbolicznym, turystyczno-rekreacyjnym wymiarze - myslałem o szeroko pojętej akcji "edukującej" społeczeństwo, na wzór niegdysiejszej 'Ligi Morskiej i Rzecznej". Wprawdzie liga nadal istnieje, ale zakres jej działań słabo obejmuje rzekio i kanały.
Edukowanie społeczeństwa to nie tylko pokazanie na mapie gdzie są rzeki i kanały.... Przypomnienie historii, uświadomienie znaczenia, jakie w działaniach kulturotwórczych miały rzeczne arterie transportowe w historii Europy i Polski, ratowanie od zapomnienia dokumentów i materiałów, a także odszukanie i chronienie takich zabytków jak statki i budowle hydrotechniczne jest działaniem ze wszech miar pożądanym w świetle tworzenia właściwego klimatu dla działań takich jak za naszą granicą. W Niemczech, Belgii, Holandii a nawet w Czechach jest o to łatwiej, bo żegluga tam nadal istnieje. U nas takie zamierzenia muszą zostać własnie taką "społeczną, lokalną edukacją" poprzedzone.
Przykład tworzenia takiego klimatu lokalnego opisał świetnie Jurek Hopfer. To powinno być dla takiego przyszłego Stowarzyszenia precedensem i wzorem do naśladowania. Sądzę, że błąkają się tu i ówdzie bezpańskie, na wpół zatopione stateczki, któe można uratować bez względu na to czy są tak wartościowe historycznie jak KUNA czy nie.... KUNA stała się teraz chlubą Gorzowa Wlkp. ale przecież w każdym, niegdyś "nadrzecznym" mieście można byłoby takie inicjatywy podjąć. WIem, że nie bez bólu, ale kto nie spróbuje - nie dowie się nigdy.
Śluzy i podnośnie są atrakcją turystyczną w wielu miastach Europy. U nas - tabliczki "zakaz fotografowania" i płoty pilnie strzegą wstępu do miejsca gdzie nic się nie dzieje. Nawet nie można sobie pstryknąć fotki na tle korby wrót sluzy. To śmieszne.... Ja mogłem jedynie dlatego to zrobić, bo.... jestem byłym inspektorem nadzoru nad żeglugą i znali mnie w tym miejscu.
Andrzej 'Apis' Podgórski
---
Jeśli wydaje ci się, że wiesz wszystko - masz rację: wydaje ci się...
W sumie wszystko zostało już napisane co chciałbym napisać. Budowa nowego statku jest bardzo droga, nawet bardzo bogate stowarzyszenie długo zastanawiałoby się czy coś takiego robić. Świadom jestem,że starych historycznych statków już nie ma w Polsce, zostały pocięte na złom. Zastanawiam się nad tym : po wojnie sowieci wywieźli dużo statków do siebie, czy można popenetrować tamte kraje w celu sprowadzenia czegoś ciekawego, jeśli przedsiębiorca z Krakowa sprawadza Bugiem duże barki 1000-tonowe to może uda się przyholować jakąś ciekawą jednostkę?
Dodam tylko ,że w Krakowie pewna firma szkoleniowa sprowadziła 100-letnią BM o nazwie "Arlina" z Holandii, wyremontowali ją w krakowskiej stoczni i ma być zacumowana chyba w tym roku na Kazimierzu.
Pozdrawiam
koj