Witaj na pokładzie! Zaloguj Rejestracja
Kanały RSS
RSS Aktualności
RSS Komentarze
RSS Forum
RSS Artykuły
RSS Zdjęcia
Nawigacja
Artykuły » 05. Nie tylko zawód... » Zatańczyć z Amazonką czyli jak przepłynąłem Amazonkę w canoe
Zatańczyć z Amazonką czyli jak przepłynąłem Amazonkę w canoe


Znajduję się w Dawson Płn. Kanada nad rzeką Jukon. Po 50 godzinach wiosłowania w legendarnym wyścigu Jukon River Quest organizatorzy zabrali mnie z rzeki. Powód ostry atak prawej nerki. Drugi raz w życiu zachorowałem. Pech czy przeznaczenie? Leżę w szpitalu załamany. Przyjmuję drugą kroplówkę. W samolocie już myślę o powrocie na rzekę. Ekspedycje to mój narkotyk. Aby żyć musze go zażywać.

- Trzeba zrobić coś większego niż wygrana w wyścigu. Tylko co?

Będąc już w swoim domu postanawiam, że rzucę wyzwanie największej rzece globu - AMAZONCE.

Przepłynąłem rzeki: Mackenzie, Jukon, Lenę, Bałtyk w canoe z Bornholmu do Darłowa. Na Targach „Wiatr i Woda” w Warszawie w 2013 roku przedstawiam prezentacje przepłynięcia Leny. Z grona obserwujących wstaje Kazimierz Rabiński przedstawiający się za kajakarza. Niewysoki, z wąsem w okularach słuchacz.

– Gienieczko, ty nie przepłynąłeś Leny! Nie wierzę ci! Rzucam ci wyzwanie na dowolnej rzece. Muszę cię sprawdzić - dodaje.

Wstaję, podnoszę ręce. Przyjmuję wyzwanie.

- Za tydzień się widzimy na Dunajcu - dodaje.

Wówczas miałem tam treningi. Nie przyjechał. Stchórzył. To jeden z moich oponentów, który daje mi siłę i motywacje. Wbrew pozorom bez nich nie istnieję. W ekspedycjach wyczynowych bez entuzjazmu i motywacji nie ma sukcesu. Moich oponentów przekułem w osobistą motywację. Na statku „Discovery” na którym pływałem jako marynarz na rzece Ren (bo z czegoś też trzeba było żyć miedzy wyprawami) oznajmiam kapitanowi, że rzucam pracę bo chcę się poświęcić projektowi. Kapitan przyjmuje to ze zrozumieniem.

- Rób to co kochasz - dodaje.

1 września 2013 roku rozpoczynam przygotowania do wielkiego triatlon czyli trawersu Ameryki Południowej o własnych siłach, gdzie głównym założeniem jest pierwsze na świecie przepłynięcie Amazonki w canoe.

Wielki triatlon

Po dwóch latach przygotowań jadę na lotnisko. Zapłakana żona pyta się dlaczego teraz robisz taki projekt skoro mamy dzieci.

- To bardzo niebezpieczne, możesz nie wrócić dodaje.
- Jestem dobrze przygotowany, próbuję uspokoić żonę.

Alicja od wielu miesięcy śledziła przygotowania. Wiedziała, że zostali tam zamordowani polscy kajakarze z Trójmiasta, a rok później postrzelony na rzece Ukajali kajakarz z RPA. Do tego wszystkiego rozmawiała z Aleksandrem Dobą, który przepłynął Atlantyk w kajaku, ten w euforii rzucił wyzwanie Amazonce ale zrezygnował w Manaus z przepłynięcia.

Został dwukrotnie napadnięty. Grozili mu że go zabiją - dodaje przerażona w samochodzie. Olek miał pecha wyjaśniam. Do tej pory tylko 12 osobom udało się przepłynąć cały system rzeczny Amazonki. Nikt tego nie dokonał w canoe. W Limie wita mnie Cecylia Albrizzio, która wraz ze swoim bratem Juanem pomagają mi logistycznie w tym projekcie. Ich dom staje się moją bazą. Pakuję sprzęt. Część żywności wysyłam do Iquitos największego miasta Peru nad Amazonką. Założenie projektu jest przebyć o własnych siłach od Pacyfiku po Atlantyk, gdzie głównym celem jest przepłyniecie Amazonki w canoe. Po 13 dniach jazdy rowerem, przejechaniu 700 km dojeżdżam do miejscowości San Francisco nad rzeką Apurimac. To z tego miejsca rozpoczynam swoją odyseję w canoe.

Zapasy z gigantem

Stoję niedaleko mostu nad rzeką Apurimac. To jedyny i ostatni most w systemie rzecznym Amazonki. Pakuję cały sprzęt. Przez strefę handlarzy narkotyków towarzyszy mi Gadiel Sanhez Rivera. Niewysoki Peruwiańczyk. Metys przez przyjaciół zwany Choe. Średniego wzrostu, szerokie plecy. Niegdyś kurier narkotykowy. Rzucił tą pracę bo postanowił jeszcze pożyć. Handel narkotykami w tej strefie to rzecz codzienna. Gadiel postanowi mi towarzyszyć do miejscowości Atalaya nad rzeką Ukajali. Będziemy płynąć razem w moim canoe. Zna jeżyk miejscowych wojowniczych Indian Ashaninka. Był tez kurierem narkotykowym.

Pędzimy coraz szybciej, canoe nabiera prędkości. Apurimac ma duże spadki mimo że już jesteśmy za największymi kataraktami. Dookoła góry, las tropikalny zwany dżunglą. To tutaj rosną liście koki, które są przerabiane na biały proszek. Znajduję się w tak zwanej czerwonej strefie, centrum handlarzy narkotyków w samym sercu peruwiańskiej dżungli.. - Ktoś z brzegu krzyczy : Aqui Se matan! - tu mordują. Zaczęliśmy szybciej płynąć, mocniej wiosłować, canoe przebija się przez kolejne fale. Choe jest cały mokry od uderzeń pierwszej fali, która zalewa dziób canoe. W nocy słyszę warkot silników helikopterów.

- To nocni zwiadowcy, szukają źródeł ognia - oznajmia Choe.
- Jakiego ognia?
- Czasami handlarze palą ogniska w lesie. Wtedy helikopter oddaje w to miejsce serię strzałów. Tak silną, że aż drzewa się łamią. Marcin tutaj nie ma strzałów ostrzegawczych - dodaje.

Zostawiam rzekę Apurimac i wpływamy na mętne wody rzeki Mantaro uważanych przez niektórych wodniaków za rzekę źródłową Amazonki. Tyle, że w górnej części wysycha i nie można nazwać jej stałym źródłem dlatego wciąż Apurimac jest na pierwszym miejscu. Połączenie Apurimacu i Mantaro daje rzekę Ene. To najniebezpieczniejsza rzeka w tej części Peru. Pod każdym względem. W jej dorzeczu mieszkają wojownicze plemiona Indian Ashaninka, którzy wierzą w kult Pelacary - miejscowi wierzą, że biały jest przemytnikiem organów.

- Oni w to wierzą tak samo jak ty w Jezusa Chrystusa wyjaśnia Gadiel.

Nagle progi rzeczne na rzece Ene stały się dużo trudniejsze do przebycia. Płynę w czerwcu. W czasie, w którym żadna inna ekspedycja nie brała udziału. Dlaczego? Bo każda chciała przepłynąć rzekę górską - jedna Mantaro, inna Apurimac, obie ciężkie technicznie. Płynę tydzień po porze deszczowej gdzie rwący szybki nurt porywa mnie z każdym metrem rzeki. Jako, że moim celem był triatlon, rozpocząłem w końcówce maja i to było niebezpieczne posunięcie. W październiku na rzece Ene leje i wiry wodne mają średnice 10 metrów - według opisów książki z „Nurtem Amazonki”.

Wiadomo, że z Andów w maju spływa najwięcej wody. W tym czasie Ene i Tambo nie jest nizinną rzeką, choć według opisów tak jest. Olbrzymie wiry mają 16 metrów gdzie można spokojnie do środka schować dwa wiosła związane o łącznej długości trzech metrów. Dopływamy do Pongo, którego skalne ściany zwężają rzekę Ene. Bez mojego wiosłowania canoe płynie z prędkością 11 km/godz, rzeka zaczyna falować i kotłować. Tubylcy nazwali to miejsce,,Przejściem Siedmiu Diabłów” z powodu siedmiu olbrzymich lejów o których mówiono, że mogą pochłonąć silnik” jonhsona”.

Próbujemy złapać największą prędkość, która pozwoli nam przejść przez wiry, leje, bystrza. Jeden z wirów na okręca. Ze skalnych półek spadają kamienie. Po chwili woda się uspakaja. Słyszę warkot silnika. Dwóch Indian z wymazanymi na czerwono twarzami przepływa koło nas wrogo patrząc.

- Buenos dias! - Gadiel krzyczy lecz ci nic nie mówią i płyną dalej. Zniknęli za zakrętem rzeki. Rzeka płynie coraz szybciej, znowu nabiera prędkości. Nagle słyszę strzał, odwracam się z Gadielem za siebie. Słyszę drugi strzał. Gringo, gringo!!! ktoś krzyczy z gliniastej skarpy wymachując rękoma.

- Będą problemy to Ashaninka - mówi przerażony Gadiel. Próbujemy zawrócić. Ale szybki nurt nas porywa. Ktoś oddaje kolejne strzały w naszą stronę. Słyszę świst kuli koło canoe.

- Kur..! strzelają! Mój głos próbuje się przebić przez ryczącą rzekę. Nie mogę zmienić kursu. Canoe wpływa miedzy dwa głazy. Zakleszcza się. Napór wody jest coraz silniejszy, zalewane canoe nabiera wody. Gadiel próbuje wyskoczyć z rzutką ratowniczą na głaz znajdujący się bliżej brzegu. Lecz nie ma szans aby dopłynąć do skrawka lądu. Nurt go porwie w mgnieniu oka. Indianie podpływają swoją łodzią z silnikiem 15 konnym Johnsona.

- Wychodźcie! wykrzykują. Ich twarze są wymalowane na czerwono. Mają trzy kreski na obu policzkach. To wąsy jaguara.

- To ci z tych agresywnych mówi przyciszonym głosem Gadiel. Pokazujemy cały swój sprzęt. Macie narkotyki? Pyta się jeden z Indian. Nie, nie mamy.

- Kim jesteście? Co tutaj robicie? To teren Ashaninka. Ich karabiny są wycelowane w nas. Gadiel próbuje uspokoić sytuację.

- Tutaj są nasze dokumenty od Prezydenta Regionu - pozwolenie Care – pokazuje mój kompan.

Cztery miesiące przed wyprawą Mirosław Rajter, który specjalizuje się w wyprawach po Peru zorganizował mi wszystkie pozwolenia na przepłynięcie tego regionu. Pokazuję tutejszemu szefowi wioski. Patrzy, analizuje, próbuje przeczytać, choć większość Indian nie potrafi czytać. Zwłaszcza w języku hiszpańskim.

- Czy macie jakieś prezenty? Gadiel daje mieszkańcom naszą żywność liofilizowaną. Dla wodza przekazuje scyzoryk szwajcarski oraz małą latarkę czołówkę. Patrzy mi w oczy.

- Macie 5 godzin aby opuścić nasz region. - Gadiel uśmiecha się i mówi, że dwie nam wystarczą.

Ktoś oddaje strzał w górę, znikamy za zakrętem rzeki. Musimy uważać, oni mogą w nocy nas zaskoczyć. W nocy nie włączamy naszych latarek ażeby nie ściągnąć niepotrzebnych gości. Wpływamy w kolejny lej który próbuje nas pochłonąć. Mocniej wiosłuj, mocniej krzyczę, wpadamy w olbrzymi wir który nami kreci jak w pralce. Są to olbrzymie dziury w rzece. Przepływam przez najwęższe miejsce na Ene szerokości 4 metrów. Wir nas wciąga, walczymy.

- Mocniej, Gadiel - krzyczę z całej siły - mocniej.

Walczę z całej siły aby wyrwać się z leja który ma średnicę 16 metrów a głębokość 2 metrów. Canoe zanurza się i wypływa, obraca nas o 180 stopni. Wyrywamy się, płyniemy do brzegu. W oczach Peruwiańczyka widzę lęk, ja się cały trzęsę. Jedna chwila i po wyprawie. Rzeka Tambo nie jest łaskawa, wiry próbują nas wywalić za każdym zakrętem. Płyniemy w kanionie. Skalne półki po obu stronach. Wzgórza pokryte gęstym lasem tropikalnym. Po 20 km musimy skorzystać z pomocy łodzi, która nas ściąga i na linie dociąga do kolejnej wioski. Zbyt wysoki poziom wody, wiry są tak duże że wciągają canoe. Od Poyeni rzeka płynie bardzo szybko, ale jest już bardziej spokojna.

Ukajali Arkadego Fiedlera

Po 5 dniach dopływamy do Atalaya, niewielkiego miasteczka położnego na rzeką Ukajali. Wita mnie miejscowa władza wraz z burmistrzem. Wszyscy mają na uwadze zabójstwo kajakarzy 2011 z Polski. W miejscowym radio Indianie w swoich językach proszą o pomoc i życzliwe przyjęcie mnie w swoich domostwach.

- Musimy innych uprzedzić, że nie jesteś Pelacara, aby nikt ci krzywdy nie zrobił – mówi vice burmistrz miasteczka.

Polscy kajakarze. Celina i i Radosław Frąckiewiczowie zostali zamordowani w związku z kultem” Pelacary. Indianie myśleli, że to biali którzy chcą uprowadzić ich dzieci. Rok później podróżnik z RPA Anthony M. Posemann kajakarz, który postanowił przepłynąć całą Amazonkę został postrzelony w nerkę, szyję oraz plecy. Tylko dzięki wezwaniu pomocy za sprawa nadajnika spot jego rodzina dowiedziała się o tragedii i szybko wraz z Ambasadą RPA uruchomili pomoc. Leżał przez 8 godzin w dżungli na brzegu rzeki w spiekocie i się wykrwawiał. Ciał polskich kajakarzy do tej pory nie odnaleziono a dwóch morderców wciąż ukrywa się na wolności w dżungli. Prawdopodobnie są już wciągnięci do armii handlarzy kokainą. Tam są bezpieczni.

Władze miasta wydają specjalne pismo aby przedstawiał je wodzom w dolnej części Ukajali. Jest to też informacja dla World Records Guinness, że rozpoczynam z tego miejsca oficjalną próbę bicia rekordu. Z Atalaya płynę solo. Gadiel Sanchez Rivera zamienił się w logistyka wyprawy, towarzyszył mi w poszczególnych punktach na rzece Ukajali. Płynął z miejscowym Indianinem łodzią z silnikiem od wioski do wioski. Spotykaliśmy się w poszczególnych punktach ustalonych jeszcze w Atataly. Taką samą rolę spełniał w trakcie wyprawy z Ed Straffordem, kiedy od Satipo przeszedł wzdłuż pieszo brzegów Amazonki. Po lewej i prawej stronie ściana lasu, gorąco, codziennie 40 stopni i ja w tym canoe.

Pakowanie zawsze jest najcięższe, zalewam się potem każdego dnia, piłem elektrolity, łykam tabletki malarone od malarii raz dziennie i witaminy. Jem swoje kosmiczne jedzenie jak spaghetti czy bigos w proszku itd. Parę razy wąż wkradł się do namiotu i miałem z tego powodu większe bóle brzucha niż kiedykolwiek. Trzeba było przygnieść wiosłem jego ogon, a drugim wiosłem lub najlepiej maczetą odciąć głowę i ogon. Inne robactwo to: stonoga, jaszczurka, duża jadowita mrówka i bardzo śmiercionośny wąż Fer-de-lance, czyli żararaka lancetowata. Uchodzi za najbardziej jadowitego węża świata. Po ukąszeniu śmierć przychodzi bardzo szybko (parę godzin), jedynie natychmiastowy transport do szpitala może uratować życie, co w Amazonii jest de facto niemożliwe. Dla mnie to 3 dni płynięcia w spiekocie do cywilizacji.

Zawsze wychodzę z canoe ostrożnie. Najpierw wbija wiosło w piach. Stopy przesuwam po miałkim podłożu wszystko po to ażeby nie stąpnąć na płaszczkę. Jej kolec może zabić a już na pewno sparaliżować nogę. Szukanie w ciemnościach obozu jest bardzo ryzykowne. W dżungli w nocy nie ma się kontroli nad niczym. Jest się intruzem którego szybko można zabić. Na Ukajali w górnej części rzeka bardziej przypomina wnętrze jamy brzusznej. Wije się jak wąż. Rzeka stoi, nie ma praktycznie nurtu. Nurt nie ma gdzie się rozpędzić.

Wyprawa od Pucallpy przyjęła charakter sportowy, zaczął się liczyć świt i zmierzch. Jedzenie i wiosłowanie. Zaczyna mnie od wysiłku boleć kręgosłup. Płynę po 11 godzin dziennie od 7 rano do 18 wieczorem. Jedną przerwę mam o 12.30 kiedy wysyłałem ze swojego drugiego nadajnika moją pozycję. Kacper Jurak informatyk z Trójmiasta przygotował mi dwa odbiorniki GPS, dla których sporządził specjalną mapę na której Amazonka była autostradą. Dzięki temu mogłem nawigować po dowolnym fragmencie rzeki tak jakbym jechał z np. Gdyni do Olsztyna, co pozwalało mi oceniać czas potrzebny na dotarcie do kluczowych miejsc i w konsekwencji uzyskanie dobrego wyniku sportowego.

Oprócz odbiorników GPS miałem ze sobą nadajniki GPS amerykańskiej firmy SPOT. Te urządzenia wysyłały co 10 minut informacje o moim położeniu poprzez satelitę. Jeden wysyłał co 10 minut moją pozycję a drugi był potwierdzeniem tego pierwszego. Sygnał był wysłany dwa razy dziennie w południe i wieczorem. Tak aby wszyscy wiedzieli że żyję. Bo mogło być tak że się wywrócę i canoe z pierwszym nadajnikiem popłynie. Te niczym czarna skrzynka w samolocie będzie nadawała pozycje cały czas a wszyscy obserwujący będą myśleli że żyję lub jestem zdrowy. Dlatego drugi nadajnik zawsze był w mojej kamizelce i nigdy się z nim nie rozstawałem.

Nadajniki były podłączone emailem oraz telefonami z najważniejszymi ludźmi z mojego zespołu w Polsce miedzy innymi z moim ubezpieczycielem oraz z miejscowymi służbami ratowniczymi które do 50 tys. $ miały mnie ratować i szukać. Na szlaku wodnym do Pucallpy widzę coraz więcej statków. Wpływam w kanał Puinahua. Musze płynąć bez butów. Nie mogę włożyć obuwia na stopy. Moje stopy są poranione, krwawią. Naskórek zdarty mimo, że zasypuję talkiem i spryskuję specjalnym preparatem do regeneracji błony śluzowej. Piecze tak, że zaciskam zęby. Trzeba posmarować maścią trybiotykiem następnie zasypać talkiem i dobrze wetrzeć. Na noc zakładam skarpetkę ażeby naskórek dodatkowo nie otrzeć. Przez otarcia stop zrezygnowało z przepłynięcia Amazonki Rafał Kośnik, inny Polski kajakarz. Z moich ust leci krew. Tropik jest zabójczy. O sukcesie decyduje umiejętność widzenia detali w ciemnościach.

Tylko 12 osób przemierzyło w kajaku Amazonkę - jedna z nich pieszo - to Ed Strafford. Żadna inna tego nie zrobiła w canoe. To samo mówi za siebie. Amazonka uczy determinacji i wytrwałości. Czasy się zmieniły, ale rzeka nie. Tak samo nie zmienił się Ocean Południowy – jest tak samo groźny. Na jednej z wysp odbieram smsa od Mirosława Rajtera. Dowiaduję się, że za Contamaną na rzece był napad. Dwie osoby zabito. Życie na takiej wyprawie to organizacja logistyki.

Mój taktyk projektu Adam Wasilewski przygotował tabelkowy plan płynięcia jeszcze w Polsce. Miałem ze sobą tabelkę i tak zwane dniówki, czyli wydruki mapek z google earth, na których był podany kilometraż każdego dnia. To samo miałem naniesione w gps-ie. W sumie przy tej wyprawie abym osiągnął cel pracowało około 50 osób. Każdy wnosił swoją wiedze od siebie na zasadzie wolontariatu. Ja również postanowiłem to spłacić innym. W trakcie trwania projektu zbieram pieniądze za sprawą specjalnie stworzonej strony. Każde przepłynięte 10 km obserwująca osoba wykupuje i wpłaca dowolna sumę dla Pomorskiego Hospicjum Dla Dzieci. Jej nazwisko pojawia się po przepłynięciu danego kilometrażu.

W miejscowości Orellana na szyi pojawiła się olbrzyma krosta. Po dwóch dniach zamieniła się w duża narośl wielkości pieści. Tak duża, że nie mogę szyją ruszać nie mogę się obejrzeć za siebie.

- To jakiś insekt musiał cię nieźle użądlić - mówi w Requenie Gadiel.

Znowu się spotkaliśmy na szlaku wodnym. Idę do apteki. W Peru pełnią role małej poradni zdrowia. Zwłaszcza na wioskach. Kupuję antybiotyk. Kontaktuje się z dr Leszkiem Mayerem z Instytutu Chorób Tropikalnych w Gdyni, który odpowiada za moje zdrowie. Jest głównym analitykiem wszystkich moich problemów zdrowotnych w tropikach. Przed wyprawą przyjąłem 5 szczepień i analizowaliśmy każdą chorobę. Zaleca mi inny antybiotyk. Po 7 dniach brania Duomoxu bulwa zeszła.

Po połączeniu się wód Ukajali i Maranion rzeka przyjmuje nazwę Amazonka. Zdecydowanie przyspiesza. Niesie duże drzewa. Po 28 dniach płynięcia dotarłem do Iquitos. Za sobą mam 2053 km. W Iquitos jestem 3 noce. Ustaliłem z Gadielem, że ma towarzyszyć jako logistyk do granicy z Brazylią. Tam się pożegnamy. Waga mojego canoe to 40 kg wraz ze sprzętem i wodą waży wszystko 150 kg, plus moje 80 kg. Mimo tak dużego ciężaru canoe płynie dość szybko.

W trakcie tej wyprawy używam 4 wioseł a tak naprawdę dwóch na zmianę, dwa dodatkowe są zapasowe. Jedno kewlarowe. Te po przepłynięciu Ukajali pękło na pół. Mimo klejenia żywicą epoksydową po dwóch dniach pękło na dobre. Później wziąłem w dłoń mocne duże drewniane wiosło z lekko pochyloną łopatą. Po to abym mógł zgarniać wodę mocniej, głębiej a przy tym szybciej napędzać canoe. Mocne drewniane wiosła są zdecydowanie lepsze na Amazonkę. Kewlarowe jest za delikatne. Mijam rzekę Rio Napo, którą przepłynąłem w 2014 roku w ramach przygotowań do projektu, lewy dopływ Amazonki. Rzeka tak szybko przyśpieszyła, że robie od 100 do 120 km dziennie. Amazonka niesie najwięcej wody jako królowa rzek. Jest bardzo szybka, ale w tym czasie mocno się rozlewa i nie ma gdzie znaleźć miejsca na nocleg. Rozbicie namiotu graniczy z cudem. Nocuję w szuwarach na skrawku jakieś wyspy.

Witamy w Brazylii

Po 5 dniach od Iquitos dopływam do miasteczka Tabatinga w Brazylii. Marynarka w porcie odradza mi płynięcie. Czuje się pogubiony i załamany. Piszę maile, kupuje żywność. W miasteczku zatrzymuje się na 4 dni. Żeggnam się z Gadielem. - Zabija ciebie, mówi jeden z marynarzy. Dzwonie do Polskiej Ambasady. Tematem interesuje się konsul Dorota Boguty. Informuje o wszystkim honorowego konsula w Manaus Jose de Moura Teixeira Lopes. Mój ojciec - rzecznik moich projektów bierze tydzień wolnego w swoje pracy i poświęca się negocjacjom. Niemalże wymusza współpracę z Polską Ambasadą w Brazylii. W pracy miał mały oddzielny swój laptop na którym śledził cały czas z małymi wyjątkami przemieszczanie canoe. Żona w nocy szuka tłumaczy języka portugalskiego ażeby pomogli stworzyć oficjalne pismo do Marynarki Wojennej Brazylii. Spotykam się z Andre Luis Sousa - komendantem Marynarki Wojennej w Tabatindze.

W trakcie negocjacji wpadłem na pomysł ażeby zbliżyć Brazylię do Europy. W 2016 roku odbędą się igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro. Brazylia chce zasłynąć z dobrej organizacji. Podpowiadam to wszystko Ambasadorowi. Jak podjąć mediacje. Sam dogaduje się z Marynarką Wojenną Brazylii odziałem w Tabatindze znając 5 słów w języku portugalskim.

– Pomożemy ci. Uśmiecha się popijając wodę komendant. Admirał Marynarki Brazylijskiej wydal pozwolenie ażeby Marynarka była jednym ze sponsorów tego projektu.

Za sprawą niesamowitych kontaktów Konsul Moura z Manaus przekonuje admiralicję Brazylii. Cały projekt zdobył uznanie w siedzibie głównej całej Marynarki Wojennej w Brazylii, wyjaśnia w rozmowie telefonicznej Hornowu Konsul Polski. Projekt przyjmuje nazwę: ,,Operacja Polonia”. W takich zadaniach w Amazonii najdroższa jest benzyna. Mamy się spotykać w poszczególnych miasteczkach.

Rzeka jeszcze bardziej przyspiesza jednego dnia robie 136 km. To mój rekord na Amazonce. Rzeka pędzi jak w przełomie Dunajca. Niestety nocne płynięcie niesie dużo zagrożeń. Rozświetlam swoją czołówką na 30 metrów wodę. Podświetlony kursor GPS wskazuje drogę. Nagle zaczynają wpadać do oczu insekty. Świecące meszki. Wbiły mi się w lewą rogówkę oka. Ból nie do zniesienia. Piecze, wyżera. Na środku Amazonki kręcę się w swoim canoe. Wylewam 3 litry wody mineralnej ażeby przemyć oko. Nic nie widzę. W ciemnościach dobijam do brzegu. Męczę się całą noc. Zapuszczam krople do oczu które zabrałem z Polski. Po dwóch dniach ból ustąpił.

Teraz noclegów na lądzie już wcale nie można organizować. Rzeka wylała 15 km w głąb lądu. Jedyną szansą są noclegi w tak zwanych domach pływających. Raz spałem w canoe ale zbyt duża męczarnia. Na drugi dzień czułem się bardziej zmęczony niż po 14 godzinach wiosłowania. Kolejne dni to walka z rzeką. Burza i silny wiatr na zmianę Amazonka zrobiła się już potężna. Przecinają je liczne duże wyspy o długości 10 km. Dopływam do miasteczka Tefe. Tutaj spotykam się z -,,Marinha do Brasil”. Od tego miejsca będziemy częściej się widzieć. Do Manaus to strefa piracka. Jestem 20 km od Coari. To w tym miejscu był pierwszy napad na Aleksandra Dobe, który po przepłyniecie Atlantyku postanowił przepłynąć Amazonkę. Niestety ta misja mu się nie powiodła. Dwukrotny napad zmusił go do przerwania ekspedycji. Na Amazonce został zamordowany przez piratów rzecznych, słynny żeglarz nowozelandzki Peter Blake, szef syndykatu Team New Zealand, który dwukrotnie wywalczył prestiżowy Puchar Ameryki. Statki które pływają miedzy Tabatingą a Manaus są pilnowane przez wojsko. Zazwyczaj na takim statku jest 5 żołnierzy.

Kauczukowe Manaus

W ciągu 17 dni robie 1700 km i dopływam do Manaus największego miasta nad Amazonką w towarzystwie Marynarki Brazylijskiej. W latach od 1890 do 1920 miasto przeżywało swój złoty okres z powodu zwiększonego zapotrzebowania na kauczuk naturalny po wynalezieniu procesu wulkanizacji. Łącznie przepłynąłem 4150 km. Wpływam na czarne wody Rio Negro największego lewego dopływu Amazonki. Dopływam pod hotel Tropical. Swoją pomoc zaoferował u ks Grzegorza Paderewski, który od 10 lat mieszka w Manaus. Klika miesięcy wcześniej ojciec który pomagał mi logistycznie, znalazł kontakt do księdza w Internecie poprzez jego codziennego bloga. Od maja był w Polsce. Kiedy ja wpłynąłem na wody Ukajali, moja mama wysłała księdzu paczkę z dodatkowa żywnością którą miał zabrać w drogę powrotną do Manaus. Trzydzieści paczek specjalnej żywności. Tym samym miałem tak zwany drugi zrzut żywności w trakcie tej ekspedycji. Dodatkowo odebrałem maści do stóp oraz leki.

W Manaus duże zamieszanie w ciągu jednej nocy zginęło 30 osób. Porachunki gangów zareklamowały miasto w dżungli na całym świecie. Według raportu Map of Violence z 2012 roku, przestępczości w Brazylii wzrosła od lat osiemdziesiątych, o dwieście procent. Za sprawa konsula, który jak się okazało jest tutejszym milionerem poznaje Głównego Komendanta Policji stanu Amazonia Gilbert de Andrade Gouvea. Ten widząc mój zapał sportowy przyznaje mi eskortę do Parintins. Po 4 dniach odpoczynku ponownie wypływam. Najtrudniejsze jest pokonywania kanałów które wpływają w główny nurt.

Wówczas oba nurty tych kanałów zderzają się. Na środku głównego nurtu powstaje wysoka, krótka fala stojąca, która w każdej chwili może wywrócić canoe. Czasami miały 1,5 wysokości. Trawersowanie takich kanałów było bardziej niebezpieczne niż przepłyniecie na druga strony samej Amazonki. Czasami czuję się jak na górskiej rzece w środkowym biegu rzeki gdzie tak naprawdę wody powinny być spokojne. Płynę z prędkością 13 km na godzinę.

W oddali migoczą światła Itacoatiara, niewielkiego miasteczka po lewej stronie Amazonki. Tutaj jest zazwyczaj załadunek ziarna na duże masowce. Po lewej stronie stoją dwa duże statki o długości około 200 metrów. Wcześniej Policja Militarna otrzymała informację, że może się mnie spodziewać wieczorem. Chciałem zatrzymać się wcześniej ale cywilizacja kusi mnie mocniej. Rzeka przyspiesza. Canoe pędzi coraz mocniej. Widzę, że są jakieś boje. Statek stoi nieco z dala od nabrzeża. Na jednej z beczek około 200 metrów od statku świeci czerwone światełko. Jestem tak zmęczony, że nie myślę o tym światełku, ale o światłach portowych. Włączam światło czołówki. O boże o nie!!! Widzę linę grubości dłoni zawodnika MMA. Jedna z lin jest przewleczona przez pierścień cumowniczy na beczce i wyciągnięta na pokład masowca gdzie została obłożna na polerze. Pojawia się łódź policyjna. - Boja boja boja! - rozbiegają się krzyki w ciemnościach, które próbuje zagłuszyć nurt rzeki uderzający o beczkę cumownicza. Cały nurt pędzi właśnie w tamtą stronę. Wiosłuje z całych sił aby zmienić kurs. Rzeka z każdym metrem robi się coraz silniejsza i szybsza. Gps wskazuje prędkość 14/h bez wiosłowania. Nie mam szans wyrwać się i zmienić kurs. Postanawiam przepłynąć pod liną. Łódź policyjna coraz bliżej.

- Marcin płyń tutaj.

Canoe nie ma motoru nie zawrócę o tak, wiec próbuję rozwiązać to tak, aby przepłynąć pod liną. Jakieś 50 metrów od beczki lina stalowa niemalże kładzie się na wodzie. Jest jakieś 30 cm nad powierzchnią. Uderzają o nią fale spienionego nurtu. Jest napięta jak struna wiolonczeli. Nie mam szans ażeby przepłynąć pod nią. Przetnie canoe i odetnie mi głowę. Jedyną szansą jest wyskoczyć i zanurkować pod liną. Próbuje wydostać się z głównego nurtu zmierzając opłynąć beczkę. Uderzam z całej siły wiosłem.

- Nie nie... Marcin mocniej, mocniej - krzyczy jeden z Policjantów.

Biorę linę dziobową i pokazuje - krzyczę! Nie rozumieją mnie. Brak znajomości portugalskiego w tej wyprawie wykańcza mnie psychicznie.

- Łap linę, łap linę, macham ręką.

Rzucam zwój lin prosto na 200 konny silnik suzuki. Jestem od beczki jakieś 20 centymetrów. Ścigają canoe jak najbliżej siebie. Włączają drugi silnik 200 konny. Nurt jest tak silny, że łódź motorowa stoi niemalże w miejscu. Nie mogą też z całej siły,,wdepnąć” bo pęknie moja lina lub też canoe się wywróci a ja z nim. W łodzi pełno wody. Policjanci patrzą z przerażeniem. To ci z tych od zadań wodnych, odpowiednik naszej jednostki specjalnej,,Formoza”.

Po 15 minutach walki zaczynam oddychać spokojnie. To cud. że żyje, że canoe nie przecięło na pół.

- Widzisz strzelali do ciebie na Ene a mogłeś zginąć niemalże w porcie.

Carlos policjant z jednostki specjalnej klepie mnie po ramieniu. Obiecuje sobie, że nigdy więcej już nie będę płynął po zmroku a już na pewno nie wypływał do portu. Dopływam do Parintis. Jestem już w innym stanie Brazylii - Para. Rzeka jest tak olbrzymia, że brzegów nie widać. Szerokość sięga czasami 20 km, gdyby nie wyspy nie widziałbym lądu.

Potęga Amazonki wynika z ogromu niesionych wód. Amazonka na całej swojej długości niesie ze sobą olbrzymie ilości materiału organicznego. Kolor rzeki zależy od wypłukiwanego z gruntu materiału, zwykle przypomina odcień kawy. Nie ma możliwości brania wody z rzeki i jej picia. Można albo filtrować lub tez mieć ze sobą litry wody. Canoe jest o tyle pakowne, że zawsze mogę mieć w karnistrach około 20 litrów wody. Woda tez mi służy jako dociążenie canoe.

Wbrew pozorom obciążone canoe lepiej trzyma się wody, a nawet szybciej płynie. Mijam kolejne osady. Domy wyniesione są ponad poziom gruntu i stawiane są na palach. Najbiedniejsze bez okien czy okiennic mają kolor zbutwiałych desek. Gdzieniegdzie wyglądają ludzie śledzący przepływający statek. Często brakuje na lądzie jakichkolwiek śladów wykorzystania energii elektrycznej. Wokół gospodarstw, tak jak na całym świecie, błąka się pies czy koza. W bardziej bogatych rejonach domy są pomalowane na jasne i żywsze kolory - biały i niebieski. Wydaje się, że akceptowalne są tylko te barwy które odcinają się od wszechogarniającej zieleni i dominującego ziemistego koloru wód rzeki.

Za miasteczkiem Obidos pęka mi siodełko w canoe. Śruby się wyrobiły. Pękły na pół. Siadam teraz na dziobie a rufa służy jako przód canoe. W canoe jest możliwa taka zmiana. Mam wprawdzie miej miejsca ale mogę płynąć. Przerzucam cześć ekwipunku na rufę w celu odbalastowania. Po prawej stronie wpływa niebieska rzeka Tapajos. Dopływając do miasteczka Santarem ustanowiłem swój rekord w długodystansowym pływaniu na canoe 5000 tyś km pokonanej rzeki!

Na rzece olbrzymi ruch. Pełno statków. Rzeka jest naturalną drogą komunikacji. Często, ze względu na bardzo słabo rozwiniętą sieć połączeń lądowych, jedyną drogą. Jak na każdej żeglownej rzece spotkać można pchacze z barkami. Statki do pojemności 5 tyś ton dopływają do Manaus. Do Amazonki wpływa 17 dużych rzek, z których każda z nich przekracza praktycznie 2 tyś km.

W Santarem na statku Marynarki Brazylijskiej naprawiam siedzenie. W miejscowym warsztacie dorabiam śruby. Marynarka Brazylii poświadcza moje płyniecie dla Guinness World Records i kapitanat portu wpisuje się do rejestru świadków. W Santarem jestem 3 dni. Gromadzę żywność, wysyłam relacje dla mediów. Marynarka rezygnuje z dalszego monitoringu. Koszty przekroczyły już 20 tyś $. Od Santarem płynę lewą strona. Znajduje się tam więcej wiosek. Mogę zaopatrzyć się w wodę, żywność. Po 76 dnia płynięcia, 2 dni za Santarem mija mnie duży kontenerowiec. Wyjmuje swoją kamerę próbuje sfilmować giganta. Przecieram czoło z potu a później oczy ze zdziwienia. Na dziobie widnieje napis, Gdynia! A na rufie jest Polska bandera. Jezus Maria, Polonia, Polonia krzyczę! Na wielkiej rzece spotykam statek z Polski. Macham wiosłem. Podpłynięcie jest niemożliwe. Fala wytworzona przez statek szybko by mnie wywróciła. Płynie torem wodnym lewa stroną. Prawdopodobnie do Manaus, jak każdy statek wpływający na Amazonkę. Ruch zrobił się coraz wiekszy.

Za miejscowością Almeirim robię kros szerokiej na 10 km Amazonki. Przepływam z lewej strony na prawą. Na środku rzeki powstają duże metrowe fale. Przebijam się przez kolejnego grzywacza. Canoe raz zanurza się raz wbija się ponad fale. Czasami dziob jest wyżej niż moja głową. Odwracam się za siebie. Na tej samej wysokości jakieś 2 km ode mnie płynie duży statek. Jest na moim torze wodnym. Nie może zejść z głównego koryta bo wpłynąłby na mieliznę. Ja natomiast nie mam silnika i nie mogę szybko odpłynąć z głównego nurtu który mnie niesie. Statek się zbliża. Wydaje sygnał. Nawet jakby włączył wsteczne płynięcie masa takiego olbrzyma poniesie do przodu. Mijam statek jakieś 100 metrów od jego burty. Teraz już mam się trzymać prawej strony aż do wpłynięcia w południową najdłuższą odnogę Amazonki.

Ujście Amazonki do Atlantyku ma postać rozległej delty z licznymi, oddzielonymi od siebie, ramionami (około 200 odnóg). Rzeka ma prawie 80 km szerokości. Po 7 dniach płynięcia głównym korytem Amazonki wpływam do kanału Breves. To tutaj znajduje się wyspa Marajo powierzchnia większa od terytorium Szwajcarii. Rozdziela rzekę. Trasa północna jest krótsza i wiedzie do miejscowości Mascape. Trasa południowa o 400 km dłuższa wije się przez labirynt kanałów oraz prądów pływowych. Na razie nie mam tak zwanej cofki czyli rzeka płynie nadal w dół do Atlantyku.

W Polsce analizując Amazonkę postanowiłem płynąc najdłuższym korytem do ujścia. W Breves w niewielkim miasteczku lokalne media relacjonują moja wyprawę. Kanał wypływający z miasteczka wpływa do rzeki Para. Rzeka szerokości 8 km już nie płynie. Trzymam się lewej strony bo później będę miał łatwiejsze krosowanie innej wielkiej rzeki. Płynę małymi kanałami ażeby osłonić się od silnego wiatru wiejącego już z Atlantyku.

Niestety zaczynają się pływy. Regularnie powtarzające się podnoszenie i opadanie poziomu wody w oceanie, który już ma wpływ na tutejsze wody. Wiosłuje z całej siły i widzę jak canoe stoi w miejscu. GPS pokazuje 00,00 czyli cały czas stoi. Przestaje wiosłować i moje canoe płynie w górę rzeki 6 km na godzinę bez wiosłowania. Cumuję przy brzegu. Trzeba czekać podczas przypływu. Po południu mam tylko 6 godzin na wiosłowanie. Przy tak małym czasie jestem w stanie robić 35 km dziennie a czasami 22 km. Co dziwne każdy kanał płynie inaczej. Nigdy nie natrafiłem na ten sam kierunek nurtu płynąc z jednego kanału do drugiego. To znaczy jak wypłynąłem z miejsca noclegowego po 3 godzinach wpływając w inny kanał(delta amazonki to sieć kanałów) nurt już płynął w górę rzeki. Znowu pomyślałem, że nigdy nie dopłynę do Belem. Rzeka poszerza się gwałtownie do 16 km szerokości, nie widać brzegów. Bardziej przypomina morze.

Dalej przyjmuje nazwę Zatoka Marajo. Nie jest możliwe abym przepłynął zatokę w canoe w jej szerokim miejscu. Wysokie burty w canoe i silny wiatr jest zabójstwem dla tej łódki. Inaczej się płynie morskim kajakiem a inaczej w canoe. To tak jakby ktoś chciał porównać F1 do klasy WRC. Całkiem inna technika pływania. W canoe zdecydowanie trudniejsze jest krosowanie. Generalnie canoe nie nadaje się na pływanie na wielkich rzekach, zatoce czy morzu. Opływowe burty blokują prędkość. Na rzekach szybkich może być równe z kajakiem, co potwierdza to legendarny wyścig Yukon River Quest. Zawodnicy w canoe kończą swój rejs około 4 godziny po najszybszych kajakach jedynkach. Postanowiłem się cofnąć w górę rzeki Tocanntins i dopłynąć do miejscowości Limoejoro do Ajuru. Przypływ pozwala mi na szybkie płyniecie w gore rzeki. W osadzie odpoczywam. Zajadam się kurczakiem z rożna.

Po południu rozpoczynam płynięcie. Szerokość rzeki 17 km. Płynę miedzy wyspami. W razie silnego wiatru bezpiecznie można gdzieś się schować. Znowu mam odpływ i płynę do Atlantyku. Płynąc przez zatokę Baia de Marajo Capim naprzeciwko miałem wywrotkę. Canoe zostało uratowane dzięki piance poliuretanowej która była zastosowana na dziobie i rufie canoe. Wywaliłem się na fali przyboju. Unikam płynięcia środkiem rzek a zwłaszcza takiej zatoki. Tutaj musiałem płynąc bo stały duże statki które miały załadunek. Łódź która miała mnie ubezpieczać została wyrzucona na mieliznę i nie mogli mi pomóc. Wpływam w kanał Furo do Arrzol. W miejscowości Barcarena spotykam się z moją żoną po 4 miesiącach oraz z filmowcem i fotografem Marcinem Osmanem. Ostanie dwa dni będą praktycznie przy mnie Rząd stanu Para postanowił dalej mnie wspierać i łódź Policji Militarnej towarzysz mi do Belem.

Wstaje 4.00 rano. Jestem podenerwowany. Rzeka nadal płynie w górę. Czekam na odpływ. Po 5 godzinach wpatrywania się w canoe znowu mam pagaj w ręce. Około 3 km od Belem muszę znowu się zatrzymać. Silny przypływ nie pozwala mi zrobić nawet 5 metrów do przodu. Po 2 godzinach znowu płynę. Rzeka przyspiesza. Za meandrów rzeki ukazują się mi pierwsze budynki Belem. Serce bije coraz mocniej.

Krzyczę: - ,Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy”!


Po 94 dniach wyprawy w canoe z czego 81 dniach płynięcia 1 września 15.36 dopływam do celu. Próbuję zatrzymać łzy radości. Nie udaje mi się. Rzucam cumę dziobową na pomost. W Belem odpoczywam 3 dni. Z rana 4 września rozpoczynam bieg w stronę Atlantyku. Po przebiegnięciu 81 km w 14 godzinach flagą polską oraz Polskiego Komitetu Olimpijskiego (przyznaną jako wyróżnienie za cały projekt) padam w ciemnościach na plaży ze zmęczenia. Polską flagę wbijam w zatokę Baia de Marajo, która jest już częścią Atlantyku.






Ponad 6800 km fizycznego wysiłku w 111 dni, kilka tysięcy ukąszeń komarów i mrówek,13 świecących meszek w oczach, jedna próba zastrzelenia, jedna wywrotka, dwa ataki jadowitych węży, wypite 250 litrów elektrolitów. Patrząc w Polską flagę która łopocze na wietrze nie mogę uwierzyć, że to już koniec. Niemożliwe nie istnieje.

2 Marca 2016 roku otrzymuję World Records Guinness:
http://biurorekordow.pl/

Film z wyprawy

Trasa wyprawy Marcina Gienieczko dzień po dniu:
http://www.soloamazon.info/tracking
https://www.google.com/maps/d/viewer
http://www.gienieczko.pl/pdf/triatlon.xls.pdf



UWAGA! informacja od autora:

Niestety, kajakarz z USA Piotr Chmieliński, który w latach 80 tych przepłynął Amazonkę w zespole i z lekarzem w kajaku - podważa moje osiągnięcie; wysyła do wszystkich maile i informuje na Facebooku o widzianych z jego strony nieprawidłowościach. Warto dodać, że wcześniej był podłączony pod mój satelitarny nadajnik który pozycjonował przedsięwzięcie i po zakończeniu ekspedycji zastrzeżeń nie miał. Powód? Mój osobisty bunt przeciwko nieprawidłowości na festiwalu turystycznym Kolosy (lobowanie uczestników), gdzie nie odebrałem wyróżnienia właśnie za przepłyniecie Amazonki w canoe gdzie był w Jury: https://www.youtube.com/watch?v=jVqACeyTGj0

Od tego czasu wszystko było już niejasne dla niego i paru osób ze środowiska. Powstała nagonka w ramach zemsty za moje otwarte i śmiałe poglądy na temat eksploracji w Polsce. Chmieliński zaczął wydzwaniać i pisać do Guinnessa ażeby cofnąć mi rekord. Polski Komitet Olimpijski oficjalnie odrzucił pomówienia wobec mojej osoby.

Autor - Marcin Gienieczko - jest na co dzień marynarzem śródlądowym na rzece Ren. Pływa tam na tankowcu od 7 lat
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 100% [1 głos]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [0 głosów]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
Dzisiaj jest poniedziałek
23 października 2017 roku
Urodziny świętują:
dmlody1065
Wszystkiego najlepszego!

35,688,733 odwiedzin łącznie
Użytkowników online: 0 - Gości online: 3
Łącznie użytkowników: 1,780
Najnowszy: ted
Serdecznie witamy!
Diesel-service

Powered by PHP-Fusion v.7.02.07. Copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones. Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.   Page Rank
Free counters!
Zakładanie firm w Niemczech | DiS | Apis | Alhenag | Orsza | Absolwenci TZS | Wierzbnik | Rada Kapitanów | PHP-Fusion PL | Rejsy Brzeg | Aerografia | Krismods | Dysnet | lvbet