Witaj na pokładzie! Zaloguj Rejestracja
Kanały RSS
RSS Aktualności
RSS Komentarze
RSS Forum
RSS Artykuły
RSS Zdjęcia
Nawigacja
Artykuły » 05. Nie tylko zawód... » Z Przemszy do Paryża kajakiem z... węglem
Z Przemszy do Paryża kajakiem z... węglem
Przez nasze rodzinne miasto Mysłowice przepływa rzeka Przemsza, która powstaje z połączenia Białej i Czarnej Przemszy, a po 24 km wpływa do Wisły. I właśnie to sprawiało, że była jedną z ważniejszych rzek na szlakach wodnych służących do przewożenia towarów masowych. Pływały po niej drewniane galary załadowane węglem z okolicznych kopalń, parowce do ich holowania w górę rzeki jak i przewożące pasażerów. Jej czyste wody zachęcały do plażowania i kąpieli. Jednym słowem rzeka ta żyła. Obecnie bardziej przypomina zaśmiecony ściek, o którym kolejne władze próbują zapomnieć.

Węglowe serce

Chcąc chociaż symbolicznie przywrócić spływ węgla na Przemszy i Wiśle, postanowiliśmy popłynąć z Mysłowic, aż do Gdańska. Naszym symbolicznym statkiem stał się żółty pneumatyczny kajak – Batory, nazwany tak przewrotnie na cześć wielkiego polskiego transatlantyku. Batory spisywał się dobrze już podczas naszych wcześniejszych „przygód na wodzie” na Zatoce Puckiej, Zalewie Wiślanym czy na Krutyni. Teraz miał nam umożliwić pokonanie dystansu około 1000 km.

Po sprawdzeniu informacji na temat śluz, oznaczeń na Wiśle i przygotowaniu niezbędnego sprzętu, ustaliliśmy datę wypłynięcia na 7 maja 2014r. Miejsce, z którego rozpoczęła się ta wyprawa jest szczególne. To „Trójkąt Trzech Cesarzy”, gdzie w czasie zaborów łączyły się granice Prus, Austrii i Rosji, i właśnie tutaj Przemsza rozpoczyna swój bieg.

Zabraliśmy ze sobą węglowe serce wyrzeźbione własnoręcznie przez Jacka. Miał to być dar dla św. Barbary, której ołtarz znajduje się w Bazylice Mariackiej w Gdańsku. I tak pierwszy raz od kilkudziesięciu lat węgiel znów popłynął Przemszą i Wisłą. Była to wyprawa trudna i wymagająca od nas wiele samozaparcia. Wstawaliśmy codziennie o czwartej rano a godzine później już wiosłowaliśmy. Batory był wprawdzie wyposażony w mały silnik elektryczny, ale nie używaliśmy go prawie wcale, bo nie było możliwości ładowania akumulatora. Codziennie pokonywaliśmy dystans około 80 km wiosłując 14-15 godzin. Spaliśmy pod namiotem na wiślanych wyspach, bo trudno o schronienie „ pod dachem” na brzegu Wisły. Jest bardzo mało przystani czy portów, gdzie można się zatrzymać. a okoliczni mieszkańcy boją się przyjąć nieznajomych u siebie.

Wisła jest rzeką piękną, ale zarazem trudną, żyje własnym rytmem, do którego trzeba się dostosować. Oznaczenia są kiepskie i nigdy nie wiadomo, co będzie za następnym zakrętem. Ta rzeka to labirynt, gdzie ciągle szukasz odpowiedniego miejsca do przepłynięcia między mieliznami i innymi przeszkodami- i nigdy nie jest to droga na skróty. Po czternastu dniach udało nam się dotrzeć do Gdańska a węglowe serce znalazło swoje miejsce pod ołtarzem św. Barbary w Gdańskiej Bazylice, gdzie podobno jest do dziś. Cały opis naszej wyprawy można przeczytać, wpisując w Google „Z górniczym sercem do św. Barbary”.

Do Paryża ze św. Barbarą

Zachęceni powodzeniem wyprawy do Gdańska, postanowiliśmy kontynuować „przecieranie szlaków” żeglugi śródlądowej ze Śląska. Warto wszystkim przypominać, że mamy piękne rzeki, tylko tak mało z nich korzystamy.

Tym razem wyzwanie było ambitniejsze – Paryż. Marzenia o takiej podróży były już dawno, ale dopiero doświadczenia z Wisły utwierdziły nas w przekonaniu, że jest to możliwe. Musieliśmy dużo więcej czasu i pracy włożyć w przygotowania, bo według wytyczonej trasy czekało nas około 2500 km do przepłynięcia przez pięć państw Europy. Nie wiedzieliśmy tak naprawdę, czy na europejskich drogach wodnych, nie będzie problemów z dopuszczeniem naszej małej jednostki do ruchu z żeglugą zawodową. Skierowaliśmy pytania na ten temat do Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej, niestety nie otrzymaliśmy żadnych konkretnych informacji.

Bardzo pomógł nam w tym temacie kapitan Andrzej Podgórski, mieszkający w Brzegu nad Odrą, który sprawdził wszelkie dostępne mu przepisy i informacje. Według jego ustaleń nawet na Renie nie powinniśmy mieć problemów z policją wodną. Trasę naszej podróży pomógł nam z kolei wytyczyć Pan Zbigniew Szymon – inżynier pracujący w niemieckim urzędzie odpowiedzialnym za tamtejszą gospodarkę wodną. Jego informacje i sugestie były dla nas bardzo pomocne podczas planowania kolejnych etapów podróży. W Polsce miała to być Przemsza, Wisła do 772 km, Kanał Bydgoski, Noteć, Warta i Odra, a później kanały i rzeki Niemiec, Holandii, Belgii i Francji. Dużo przydatnych wiadomości dotyczących śluzowania i logistyki przy kanałach w Niemczech przekazał nam także Pan Józef Węgrzyn – kapitan statku „Wera” pływający w tych rejonach. Niestety nikt nie był w stanie przewidzieć, jak to będzie wyglądało z perspektywy kajaka z silnikiem. Do końca nie byliśmy pewni, gdzie nas wpuszczą, a gdzie będą problemy.

Niezbędny stał się zakup małego 2,5 KM silnika spalinowego, bo według zdobytych informacji, na niektóre kanały i rzeki za granicą nie wpuszczono by nas bez niego. Również możliwość szybkiego manewru na wodzie była ważna dla naszego bezpieczeństwa podczas „mijanek” z dużymi barkami i łodziami. Silnik pozwalał też przemieszczać się szybciej (8-9 km/h) niż na wiosłach, a to w naszym przypadku było bardzo ważne ze względu na ograniczony czas jakim dysponowaliśmy. Oboje pracujemy zawodowo i tak długi urlop jest problemowy. W domu zostały też dzieci – trzynastoletnie bliźnięta – Julia i Alan. Babcie wprawdzie doskonale się nimi opiekowały, ale jeszcze nigdy na tak długo się nie rozstawaliśmy.

Polskie wody śródlądowe

Data rozpoczęcia wyprawy do Paryża została ustalona na 20 czerwca 2015 r. Żegnani przez rodzinę, znajomych i fotoreporterów, wyruszyliśmy z Przemszy w strugach ulewnego deszczu. Tym razem na pokładzie była z nami św. Barbara z węgla – patronka nie tylko górników, ale i flisaków na Górnej Wiśle od Strumienia do Włocławka. Mieliśmy nadzieję znaleźć dla niej godne miejsce w Paryżu.

Wisła również przywitała nas niezbyt gościnnie – burzą z gradem. Przez kilka kolejnych dni mokliśmy i marzliśmy w dzień i w nocy. Gdyby nie ubrania, w które zainwestowaliśmy tym razem, pogoda mogłaby nas pokonać. Jak rok wcześniej pobudka była o świcie i płynęliśmy do wieczora, gdy trzeba było szukać bezpiecznej wyspy na obóz. Z powodu niskiego stanu wody Wisła odsłoniła kolejne mielizny, a przy tak kiepskich oznaczeniach szlaku żeglownego, nieuwaga kończyła się spacerem pośrodku rzeki w poszukiwaniu głębszej wody. Pierwszy nocleg „pod dachem” zaliczyliśmy dopiero w Warszawie, chcąc doprowadzić siebie i nasze ubrania do porządku. Niestety pobyt ten zamiast chwili odpoczynku dostarczył tylko zmartwień.

W „niby strzeżonym” Porcie Czerniakowskim. gdzie przycumowaliśmy Batorego, ktoś wypalił w naszym kajaku dziurę papierosem. Na szczęście udało się go naprawić i następnego dnia zostawiliśmy za sobą niegościnną stolicę. Chociaż data wskazywała na lato, ciągle mieliśmy na sobie kilka warstw ubrań a i tak ciągle marzliśmy. Ranki bywały tak zimne, że chcąc ogrzać ręce, wkładaliśmy je do wody, która wydawała się ciepła. Dobrze, że Zalew Włocławski tym razem był nad wyraz spokojny. Trochę się go obawialiśmy, bo rok temu bardzo nas zmęczył niesprzyjającym, silnym wiatrem i zalewającymi kajak falami.

Mimo sezonu nie zaobserwowaliśmy niestety na Wiśle zbyt wielu jednostek pływających (nie licząc łódek rybackich i kilku małych motorówek). Właściwie tylko przy większych miastach jak Kraków, Sandomierz, Kazimierz, Warszawa czy Toruń, pływają tzw. wycieczkowce, wożące turystów na odcinku 300-400 m tam i z powrotem. Dalej nie popłyną, bo zawiesiłyby się na mieliznach pozostawionej od lat samej sobie Wisły. Jak to możliwe, że „królowa polskich rzek” jest tak mało wykorzystywana zarówno do transportu towarów przemysłowych jak i w rekreacji?...

Na 772 km Wisły skręciliśmy na nieznane nam wody Kanału Bydgoskiego. Dość wąskie koryto kanału nie kryło już wprawdzie mielizn, za to dorodne wodorosty wkręcając się w silnik, skutecznie blokowały jego pracę. W okolicach Bydgoszczy kursują tramwaje wodne i chociaż tutaj widać, że kanał można sensownie wykorzystać. Niestety już dalej, na Noteci, płynęliśmy samotnie przebijając się znowu przez kaczeńce i wodorosty. Przyroda jest piękna, ale należy ją kontrolować, szczególnie w miejscach, które mają służyć ludziom. Łodzie sportowe pływają tędy sporadycznie a większe jednostki chyba w ogóle. Być może ma to związek z remontem śluzy miejskiej w Bydgoszczy, ale skutecznie zatrzymało żeglugę śródlądową z zachodu na wschód i odwrotnie.

Na skanalizowanym odcinku Noteci zaliczyliśmy ostatnią w Polsce śluzę, a było ich w sumie 29 (7 na Wiśle i 22 na Kanale Bydgoskim i Noteci). Wszędzie w tym rejonie spotykaliśmy się z ludzką życzliwością i chęcią pomocy. Nie było problemów z rozbijaniem namiotu przy śluzach czy śluzowaniem nawet po godzinach pracy. Ludzie tutaj żyją jakby spokojniej i są otwarci na drugiego człowieka.

Kiedy Noteć przeszła z kanału w rzekę wolnopłynącą od razu zniknęło zielsko a koryto poszerzyło się. Nie zmieniły się tylko wysokie, zarośnięte brzegi, które nie pozwalały wyjść w razie potrzeby.

Warta również płynie w dość szerokim korycie i te 68 km pokonaliśmy bezproblemowo, tym bardziej, że słońce zaczęło przygrzewać i mogliśmy się w końcu rozebrać z naszych kombinezonów. Wędkarze mają tu podobno doskonałe warunki dla swojego hobby i spotykaliśmy ich łódki bardzo często.

Na Odrze mijaliśmy już większe jednostki pływające. Na tym odcinku jest to rzeka dobrze oznaczona i przystosowana do żeglugi śródlądowej. Odra jest rzeką graniczną, więc jej lewy brzeg to terytorium Niemiec, a prawy jeszcze Polska. 667 km to miejsce, w którym musieliśmy skręcić w lewo na śluzę Hohensaaten. Za nią otwierała się droga na niemieckie kanały.

Śródlądowa Europa

Według zebranych przez nas informacji, na śluzach niemieckich jest obowiązek meldowania się. Barki i łodzie robią to zwykle przez radio UKV, ale można też przez intercom znajdujący się przed śluzą lub przez telefon.Nie stwarzało to większych problemów przy podstawowej znajomości języka. Śluzy niemieckie są bezpłatne (w Polsce płaci się za każdą) i czynne zwykle od godziny 6 do 22. Za korzystanie z podnośni Niederfinow również nie są pobierane opłaty a budowla ta robi duże wrażenie. Wpłynęliśmy tu do wielkiej wanny z wodą, która podnosiła się 36 m w górę razem z wszystkimi jednostkami przycumowanymi w środku.

Na górze wypłynęliśmy na Havel-Oder-Kanal. I od razu można było przekonać się jak Niemcy korzystają ze swoich dróg wodnych. Barki pływają jedna za drugą załadowane węglem, złomem i wszystkim, co da się przetransportować w ten sposób. Łodzie sportowe są traktowane jako drugie domy i sposób na relaks. A przy tym ilość i różnorodność zwierząt żyjących przy kanałach wręcz zdumiewa i świadczy o możliwości pogodzenia interesów żeglugi śródlądowej i ekologów.

Mijające nas barki nie stwarzały żadnych problemów, gorzej było z pędzącymi łodziami sportowymi. Wytwarzane przez nie krótkie, mocne fale często zalewały kajak, ale ludzie jak wszędzie, mają wyobraźnię albo nie.

Miłym zaskoczeniem była propozycja pewnego kapitana – Reinera. Zaoferował nam całodzienne holowanie i odpoczynek na jego łodzi. Dzięki temu udało się bez problemu pokonać największą śluzę w Europie – Hohenwarthe (18 m różnicy poziomów), gdzie spodziewaliśmy się odmowy przy samodzielnej próbie śluzowania. Również akwedukt nad Elbą zaraz za tą śluzą wymagał meldowania się przez radio UKV, a takiego nie posiadaliśmy, więc propozycja Reinera okazała się dużą pomocą.

I już spokojnie dalej sami mogliśmy liczyć kilometry na Mittelandkanale. A Niemcy za doskonałe oznaczenia kilometrażu i porządku przy kanałach zasługują na pochwałę. Jednego jednak nie przewidzieli- dwójki wariatów na kajaku. W naszym przypadku znalezienie noclegu pod dachem okazało się niemożliwe. Wszystkie przystanie i mariny są dostosowane do odwiedzin gości, ale na własnych łodziach. Zostawał nam więc zielony namiocik jako apartament. Na szczęście zwykle mogliśmy skorzystać z prysznica, co dawało odrobinę luksusu. Problemem było też szukanie stacji benzynowych i sklepów, żeby uzupełnić zapasy paliwa i jedzenia. Bezpośrednio przy kanałach nie było takiej możliwości, ale pomagała nam automapa w telefonie z zaznaczonymi stacjami w danej okolicy.

Niezbyt długo cieszyliśmy się ciepłem, do niskich znowu temperatur dołączył jeszcze silny, przeciwny wiatr. Zmęczenie też zaczęło dawać o sobie znać, od kilkunastu dni spaliśmy po 5-6 godzin płynąc po 13-14. Paradoksalnie myśl o ludziach, którzy w nas nie wierzyli pchała nas dalej przed siebie mimo wszystkich przeciwności. Właśnie tym niedowiarkom i kpiarzom należało pokazać, że tak łatwo nie odpuścimy. A na Wesseln- Datteln-Kanal zaczęło się robić wręcz pod górkę. Nie wpuszczono nas tu na czterech śluzach ze względu na zbyt duży ruch barek i musieliśmy przenosić cały dobytek na plecach.

Na Ren wpłynęliśmy z obawą, czy damy radę na tej ogromnej rzece. Trzymaliśmy się grzecznie jak najbliżej brzegu, żeby nie przeszkadzać żegludze zawodowej. To, co dzieje się na Renie jest niesamowite. Barki, pchacze z kilkoma barkami z przodu, wycieczkowce, kontenerowce i mniejsze jednostki- to wszystko płynie na całej szerokości rzeki. tam i z powrotem. A jednocześnie na brzegach tej wodnej autostrady plażują ludzie, pasą się zwierzęta i toczy się życie miast. Tak trudno zrozumieć, dlaczego w Polsce, gdzie mamy Wisłę, Odrę czy inne większe i mniejsze rzeki, żegluga śródlądowa właściwie nie istnieje. Nasze władze z ekologami mogłyby się wybrać w taką podróż. Może w końcu przekonałoby to i jednych i drugich, że regulacja rzek i przeniesienie tam choćby części transportu odciążyłoby zakorkowane drogi nie przeszkadzając przy tym przyrodzie. Taki transport jest ponadto bezpieczniejszy, tańszy i szybszy niż drogowy.

Batory dzielnie radził sobie na Renie i ani się obejrzeliśmy a zawiesiliśmy holenderską banderę. Ren przechodzi tu w rzekę Waal, ale oprócz nazwy nic się nie zmieniło. Żegluga odbywa się nawet w nocy, bo szlak jest dobrze oznaczony, a jednostki są wyposażone w odpowiednie przyrządy nawigacyjne. Po 100 km „bujania'' na metrowych falach odetchnęliśmy z ulgą skręcając na śluzę krótkiego odcinka kanału St.Andries. Niezbyt dobrze wspominamy kilkunastokilometrowy odcinek rzeki Maas, ze względu na szalejące tam motorówki.

Następny kanał- Henrietteword zaskoczył nas z kolei zamkniętą śluzą, gdzie przenosiliśmy wszystko przez dwa skrzyżowania w środku miasta. Na śluzach w Holandii również wymagane jest meldowanie i tak jak w Niemczech są bezpłatne. Niektóre są obsługiwane przez centralę, co bez radia UKV, czasem opóźniało śluzowanie.

Spędziliśmy w tym kraju trzy dni, ale nie wywarł na nas zbyt dobrego wrażenia. Owszem, oznaczenia kanałów są dobre, ale okolice, przez które przepływaliśmy nie były ani ładne ani interesujące. Ruch barek i łodzi sportowych nie był duży, co nas nawet cieszyło, bo w wąskich kanałach obłożonych blachą fale nie miały się jak wytłumić i bardzo nami rzucało.

W Belgii na pierwszej śluzie należało kupić winietę uprawniającą do pływania po tamtejszych drogach wodnych, ale nas to nie dotyczyło, bo Batory ma mniej niż 6 m i takie jednostki są zwolnione z tej opłaty. Znowu pogoda dawała się we znaki, poczuliśmy na sobie wszystkie odmiany deszczu, od mżawki po ulewę. Pozytywnie zaskoczyli nas tu jednak ludzie, ich otwartość i życzliwość. Widząc polską banderę, często z niedowierzaniem, unosili kciuk do góry w geście OK.

Nasza trasa musiała ulec zmianie, bo dowiedzieliśmy się, że mogą Batorego nie wpuścić na pochylnię Ronquieres za Brukselą. Nie była to łatwa decyzja, bo wymagała płynięcia pod prąd rzeki Meause. Batory radził sobie jednak dobrze i mogliśmy kontynuować podróż. Belgia, mimo paskudnej pogody, oczarowała nas swoją różnorodnością. Przez te 190 km mijaliśmy duże, tętniące życiem miasta i małe miasteczka z miniaturowymi domkami jak z bajki. Widok prężnie działających zakładów przemysłowych przypominał nam dawny Śląsk, chociaż zdarzały się też nieliczne opuszczone fabryki. A najładniejsze widoki, jak zwykle, zapewniała natura. Czasami płynęliśmy samotnie wśród wysokich skał wznoszących się wzdłuż brzegów rzeki Meause, czując się naprawdę mali.

W Belgii rzadko można znaleźć oznaczenia kilometrażowe, a na śluzach nie ma obowiązku meldowania się. Kto się zmieści ten się śluzuje i wszystko odbywa się „na luzie”. Niestety na pierwszej francuskiej śluzie Givet spotkaliśmy się z zupełnie innym podejściem. Pan wydający winiety nie chciał nas wpuścić do Francji, bo według niego, Batory był „petit” czyli za mały.I właśnie wtedy najbardziej odczuliśmy belgijską życzliwość. Gdyby nie interwencja belgijskiego małżeństwa, które próbowało wyjaśnić sytuację. byłoby ciężko porozumieć się z wystraszonym urzędnikiem. Tym bardziej, że nie znamy francuskiego a on z kolei żadnego innego języka.

Dopiero następnego dnia, po dokładnym obejrzeniu Batorego przez policjanta, dostaliśmy zgodę na pływanie po Francji. Wiązało się to z wydaniem nam pilota otwierającego dalsze śluzy. W tym rejonie wszystkie śluzy są objęte systemem VNF, który pozwala na ich samodzielną obsługę pod nadzorem centrali i serwisu.Odbywa się to przy pomocy pilota lub drążka zawieszonego na środku kanału. Śluzy owszem pilot lub drążek otwierał, ale z ich dalszym działaniem bywało różnie. Czasem nie wychwytywał nas fotoelement i śluza się blokowała. Ktoś z najbliższego serwisu przyjeżdżał wtedy i uruchamiał system. Niestety trwało to dość długo i traciliśmy cenny czas. Do tego jeszcze śluzy były czynne tylko od 9 do 18, co zmuszało nas do rozbijania obozu tam, gdzie udało się dopłynąć przed wyłączeniem systemu. Nie było sensu przenosić wszystkiego, kiedy następna śluza była zwykle dwa lub trzy kilometry dalej. Na odcinku około 500 km śluzowaliśmy się 112 razy.

Francja okazała się krajem mało przyjaznym i wymagającym od nas dużo cierpliwości.Tu, jak nigdzie indziej, czuliśmy się jak bezdomni. Przystani, gdzie można było się zatrzymać, było bardzo mało, a codziennie chcieliśmy dopłynąć jak najdalej. Czas nas gonił- byliśmy już przeszło miesiąc poza domem. Bywało, że spaliśmy na polu, w lesie albo przy czyimś płocie pytając o zgodę właściciela posesji. Kiedy trafialiśmy na dobrych ludzi korzystaliśmy u nich z kąpieli, ale przeważnie służyła nam do tego rzeka.

Kolejne odcinki kanałów i rzek we Francji przypominały polski sposób zarządzania. Miejscami drzewa zarastały kanał, płynęło się jakby w lesie. Ruch zawodowy jak i rekreacyjny był niezbyt duży, chociaż spotkaliśmy nawet jednostki z banderą Australii i Nowej Zelandii. Dopiero region Champagne i rzeka Marne pokazały ładniejsze oblicze Francji z pagórkami pokrytymi winnicami i malowniczymi miasteczkami.

Na Sekwanie znowu mieliśmy problemy z policja wodną, ale w końcu dali nam pozwolenie, po wyjaśnieniach policjanta Polaka tam pracującego. Po 34 dniach podróży osiągnęliśmy cel i stanęliśmy dosłownie u stóp wieży Eiffla. Trudno opisać, co się czuje w takim momencie, ale na pewno warto było tyle wytrzymać dla tej chwili.

Czekało nas jeszcze jedno ważne zadanie - znalezienie godnego miejsca dla św. Barbary. Przepłynęła z nami bez uszczerbku przez pięć państw pokonując dystans 2700 km w ciągu 34 dni, 188 śluz. 1 podnośnię i 6 tuneli. Patronka górników i flisaków została przez nas osobiście przekazana do Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej, gdzie spotkaliśmy się z bardzo serdecznym przyjęciem.

Udowodniliśmy, że można mimo wszystko z naszej, mysłowickiej Przemszy dopłynąć aż do Paryża i to nawet z węglem. NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH, SĄ TYLKO TRUDNE DO ZREALIZOWANIA.

Monika i Jacek Paris – fryzjerka i górnik
zwyczajne małżeństwo ze Śląska.

Komentarze
#1 | Jacek z Opola dnia 20.11.2015 18:53
Piękna sprawa.
Zazdroszczę, przede wszystkim odwagi.
Może nie wiecie, ale dzielność kapitana musi być tym większa im mniejszy jest jego statek.
A więc serdeczne gratulacje dla kapitana, jak i dla załogi, bo do niej też ta zasada się stosuje.
#2 | marek56 dnia 20.11.2015 20:11
Brawo Parisowie ! Jesteście Wielcy !!!
#3 | miroslaw rajski dnia 28.11.2015 11:37
Serdecznie pozdrawiam Mysłowice. Moi dziadkowie mieszkali na ulicy Karola Miarki gdzie jako dziecko często ich odwiedzałem, a i później również. Z Sosnowca to rzut kamieniem.

Gratuluję odwagi, wytrwałości, tężyzny fizycznej i nie cofania się przed przeciwnościami - chociaż były zaprogramowane!
No ale zdrowie macie żelazne... Więcej w deszczu niż w słońcu i bez grypy?

Jeszcze tylko chciałbym skorygować mały szczegół natury technicznej. Śluza Hohenwarthe nie jest śluzą o największym spadzie w Europie. Rekord dzierżą trzy bliźniacze śluzy na Kanale Men - Dunaj: Leerstetten, Eckersmühlen i Hipoltstein. Oddano je do eksploatacji w latach 1980 - 89 i mają spad po 24,67 m. Niewiele niższą jest śluza Bollene na Kanale Donzere - Mondragon w południowej Francji, o spadzie 22 m. W Europie istnieje jeszcze kilka śluz wyższych niż Hohenwarthe. Ale to tak na marginesie.

Pozdrawiam i gratuluję doskonałego reportażu.

Mirek Rajski
#4 | igor dnia 05.12.2015 14:11
Gratuluję udanej, arcytrudnej wyprawy,wielki szacun. Brawo.
Pozdrawiam
Igor
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 100% [1 głos]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [0 głosów]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
Dzisiaj jest sobota
22 lipca 2017 roku
Urodziny świętują:
Nikt z naszej załogi
nie ma dziś urodzin

35,372,010 odwiedzin łącznie
Użytkowników online: 0 - Gości online: 2
Łącznie użytkowników: 1,763
Najnowszy: oqedim
Serdecznie witamy!
Diesel-service

Powered by PHP-Fusion v.7.02.07. Copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones. Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.   Page Rank
Free counters!
Zakładanie firm w Niemczech | DiS | Apis | Alhenag | Orsza | Absolwenci TZS | Wierzbnik | Rada Kapitanów | PHP-Fusion PL | Rejsy Brzeg | Aerografia | Krismods | Dysnet | forbet | bet at home